poniedziałek, 17 października 2016
Yosemite National Park
Z bólem serca opuściłam ukochane San Francisco, udając się do Parku Narodowego Yosemite. Jechaliśmy z Dexterem (tak miał na imię mój towarzysz podróży) jakieś trzy godziny, zanim dotarliśmy do owego Parku. Niestety mieliśmy pecha. Trafiliśmy na Amerykański dzień pracy, obchodzony w pierwszy poniedziałek września. Tak się złożyło, że tego dnia na prawdę sporo ludzi postanowiło spędzić swój wolny od pracy dzień właśnie w tym Parku. Koszt wjechania samochodem na teren Parku to 30$. Koszt ten rośnie w zależności od wielkości samochodu i ilości pasażerów. Dostaliśmy dodatkowo mapkę, na której były zaznaczone wszystkie warte do zobaczenia miejsca na terenie parku. Po wjechaniu na teren Parku, nie mogliśmy przedostać się... Nigdzie. Wszędzie byli ludzie, wszędzie były samochody a korek ciągnął się przez cały park. Gdzieś jednak udało nam się znaleźć wolne miejsce i uradowani zaparkowaliśmy.
Park jest bardzo ładny, lecz niestety w tym dniu był zbyt zatłoczony. Panował hałas i ogólnie nieprzyjemna, tłoczno-hałaśliwa atmosfera. Zupełnie nietypowa jak na tak zielone, spokojne miejsce. Spacerem udaliśmy się do miejsca, w którym powinien znajdować się wodospad Yosemite. No właśnie, powinien, ponieważ... Zniknął. Wysechł. Nie działał. To jednak nie zniechęciło turystów do robienia sobie zdjęć gdzie popadnie. Podobno wodospad "ginie" zawsze latem i pojawia się dopiero jesienią... No cóż.
Ogólnie, gdybym trafiła na inny dzień, myślę, że spodobałoby mi się bardziej i mogłabym zwiedzić więcej miejsc w tym Parku. Jednak przez te całe tłumy, wyjechałam z Parku zdenerwowana, bez pocztówek, bez dobrych zdjęć i bez humoru, udając się do Sekwojowego Parku Narodowego, w nadziei na lepsze wrażenia...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)






Wraz ze znajomymi zachęceni nazwą wybraliśmy dokładnie ten sam szlak, wiem co czułaś haha :D
OdpowiedzUsuń