piątek, 14 października 2016

Moja praca na campie.

Witam, mam już dostęp do komputera z Polskimi znakami. Jestem już w Polsce. Wróciłam, cała i zdrowa. :) I w końcu mam czas i chęci na opisanie mojego American Dream. Zacznę od opisania, w skrócie, moich 12 tygodni pracy.

Pracowałam na campie One Heartland - campie special needs, który przyjmował dzieci oraz młodzież głównie chorującą na HIV oraz AIDS, ale także młodzież LGBT, młodzież dążącą do osiągnięcia zdrowego stylu życia, oraz inne, o których poczytać można tutaj. Pracowałam jako Campower, czyli Support Staff.


moje miejsce pracy, czyli kuchnia



Przede wszystkim, pierwsze co zaskoczyło mnie w pracy na kuchni to to, że Amerykanie częściej wybierają gotowce niż sami gotują. Powód jest prosty - są bardzo zapracowani i nie mają czasu na gotowanie. U mnie na kuchni pod względem kulinarnych eksperymentów niestety nie mogłam się wykazać. Naleśniki robiliśmy z gotowych mixów, gdzie wystarczyło dodać wodę, to samo tyczyło się ciast i babeczek. Wszelkie inne dania głównie były już gotowe, przyrządzone, tyle, że mrożone, a naszym zadaniem było jedynie rozłożyć je na blasze i włożyć na X minut do piekarnika... 
Uważam, że Amerykanie jadają dziwne... posiłki. Długo nie mogłam zrozumieć dlaczego na naszym campie jada się seler naciowy z masłem orzechowym, dlaczego dosłownie do wszystkiego dodawany jest cukier lub syrop kukurydziany, dlaczego mleko smakuje tak dziwnie i dlaczego poza tostowym chlebem nie ma żadnego innego. Pizzą nazywało się przekrojoną wpół bagietkę, posmarowaną sosem pomidorowym i zapiekaną z serem, a tzw. 'grilled cheese' to nic innego jak smażona kanapka z serem... Dosyć, biednie, bym napisała. Dania były bardzo proste, bardzo dziwne i bardzo kiepskiej jakości, aczkolwiek mieliśmy na kuchni sporo wegańskiego, bezglutenowego, bezlaktozowego jedzenia, ponieważ spora ilość osób była alergikami. Było też sporo jedzenia organicznego. Pracowałam 8 godzin dziennie, głównie od 7:00 do 15:00, niekiedy zdarzały się zmiany, od 12:00 do 20:00. Na kuchni prócz mnie była Andrea oraz Mia. Andrea pracowała po południu a Mia ze mną, rano. Z racji że Andrea pracowała sama, przy posiłkach pomagał jej Staff - dyrektorka campu wraz z innymi osobami. 

Każdy z nas miał wolny jeden lub dwa dni w tygodniu, w przerwach między jedną sesją a drugą (czyli, kiedy jedna grupa dzieci opuszczała camp i oczekiwaliśmy drugiej). Zawsze zgromadzaliśmy się wieczorami w sali i robiliśmy podsumowanie sesji oraz byliśmy przygotowywani na nadejście kolejnej. Mówiono nam o tym jaki rodzaj dzieci przybędzie, jak się z nimi obchodzić, etc. Rozmawialiśmy też na temat tego co najzabawniejszego wydarzyło się w czasie danej sesji i czego się podczas niej nauczyliśmy. W dni wolne niekiedy także były organizowane wyjazdy do miasta lub do parków. Byliśmy w Duluth (w kinie, na filmie 'Gdzie jest Dory'), w Cloquet (tam świętowaliśmy Dzień Niepodległości, 4 lipca - było Wesołe miasteczko, gdzie, swoją drogą, wygrałam maskotkę rekina, a potem pokaz fajerwerków). W dni wolne od pracy, gotował dla nas Staff, czyli dyrektorka wraz z innymi osobami z "szefostwa".


mój rekin


Zdecydowanie najprzyjemniejszą rzeczą podczas mojego pobytu w USA było dostanie listu od rodziców i siostry z Polski. Oraz, oczywiście - zakupy. Byłam niesamowicie zaskoczona i podekscytowana ilością i rodzajem dostępnych w sklepach produktów.


zakupy w Shopko



Podczas okresu mojej pracy, bardzo tęskniłam za rodziną, domem, ciepłym łóżkiem, a najbardziej za własną wanną, w której mogłabym spokojnie się wykąpać. Na campie dostępne były tylko prysznice i raczej niewielka prywatność. W domkach było albo bardzo zimno, albo bardzo duszno, gorąco. W domkach nie mieliśmy niczego poza piętrowymi łóżkami a domek z toaletami i prysznicami był kilkanaście metrów od owych domków, w dodatku, wewnątrz grasowały komary, było chłodno a same łazienki były w stanie surowym, bez płytek, ścian, niczego. Szpary pomiędzy drzwiami kabin były dosyć szerokie (około 2 cm) więc gdyby ktoś chciał, mógłby bez wstydu nas podglądać! Również same muszle klozetowe wyglądały inaczej - poziom wody był bardzo wysoki. Pierwszy raz widząc to, myślałam, że toaleta jest zapchana. Bałam się spłuknąć wodę, myślałam, że się wyleje... Również drzwi zamyka się inaczej. W klamce jest po prostu przycisk, guzik. Przyciskamy i jesteśmy zablokowani w kabinie. Druga osoba nie może wykorzystać sławnego triku z monetą, bo od drugiej strony, klamka po prostu nie działa. Co do pryszniców, nie ma możliwości regulacji wody. Po prostu, im większy strumień wody, tym była ona cieplejsza.


moje łóżko w domku


Nie podobała mi się bardzo jedna rzecz, mianowicie, migrowaliśmy między domkami co tydzień. Co tydzień musieliśmy wszyscy się pakować i z walizkami przenosić się z jednego domku do innego. Byłam jedynym Campowerem poza Andreą i, tak, my także byłyśmy razem z Counsellorami i dziećmi w domkach. Nie z naszego wyboru, po prostu, tak już było.

Oprócz gotowania, zmywania i sprzątania na kuchni, moim zadaniem był także housekeeping, który polegał na czyszczeniu toalet dwa razy dziennie. Mój harmonogram wyglądał więc tak:

7:00 - 10:00 - kucnia, przygotowanie śniadania, zmywanie po śniadaniu,
10:00 - 11:00 - sprzątanie toalet zewnątrz budynku głównego (toalety w domkach, dwa domki z toaletami na 14 domków z łóżkami),
11:00 - kuchnia, przygotowanie obiadu, zmywanie po obiedzie,
14:00 - 15:00 - sprzątanie toalet wewnątrz budynku głównego.

Minnesota jest stanem, w którym często pada deszcz, jednak pewnego razu pogoda była na tyle paskudna, że... Minnesotę zalało. Mieliśmy powódź i jedną z sesji trzeba było odwołać. Nie mogliśmy jechać ani do sklepów, ani do nas nikt nie mógł dotrzeć, na przykład z produktami spożywczymi. Mieliśmy pustki w lodówkach i cały tydzień nudy. Ogólnie, by zająć nasz czas, zorganizowano wielkie sprzątanie. Sprzątali wszyscy, łącznie ze Staffem.

Miałam też mały problem z pieniędzmi, mianowicie, dostałam od Camp America czek, wypisany na 1200$, czyli, cała moja wypłata. Trąbiłam i prosiłam dyrektorkę o to, by podjechała ze mną do banku, bo chciałabym założyć konto i tam trzymać pieniądze, niestety, zapominano o mnie. Raz, jedna osoba ze Staffu zabrała mnie... do Walmatru, z nadzieją, że w punkcie obsługi klienta ktoś zrealizuje mój czek. Nieco zabawne, przyznam. Dopiero po paru dniach błagania, dyrektorka łaskawie zabrała mnie do pobliskiego banku, jednak dostałam gotówkę, zamiast konta z pieniędzmi na nim. No cóż, nie chciało mi się dalej o to walczyć, po prostu, uznałam, że trudno - będę trzymać taką ilość w gotówce, nie ma wyjścia. Poprosiłam kolegę, Vidura o pomoc przy zabookowaniu lotu do San Francisco. Zaklepał mi go, a ja po prostu zwróciłam mu pieniądze w gotówce.

Pewnego wolnego dnia, złożyliśmy wizytę Patrickowi, czyli szefowi naszej dyrektorki. Pojechaliśmy do jego domku i spędziliśmy dzień na chilloucie. Dostępne było jezioro, grill, jedzenie oraz koce, które można było rozłożyć na trawie i usiąść. Płynęłam wtedy motorówką i po prostu, odpoczywałam. 






Pod koniec pracy, było na prawdę dziwnie. Każdy porozjeżdżał się już do domów a ja... Zostałam sama na campie, ze Staffem. Zmienili mi godziny pracy i na kuchni byłam zupełnie sama. Sama, jedyna, gotowałam, zmywałam i sprzątałam. A teraz najlepsze, uwaga. Gotowi? Po paru dniach Staff opuścił camp, wszyscy, wraz z dyrektorką wylecieli do innego campu, w Hollywood. Dostałam listę rzeczy do zrobienia i... Zostałam całkiem sama na tydzień! W dodatku, jednym w moich zadań było karmienie kóz i ogromnych mastiffów dyrektorki. To akurat mi odpowiadało, bo kocham psy i mam do nich świetne podejście. Ogólnie, musiałam cały camp posprzątać, wyrzucić zepsute jedzenie etc. Bałam się i czułam się samotnie. Kiedy coś tylko trzasnęło, stuknęło, od razu miałam serce w gardle. A po tym samotnym tygodniu, nadszedł dzień, by powiedzieć 'goodbye'... Dostałam wypłatę, oraz dodatkowe 100$ za opiekę nad psami wraz ze specjalną kartką z podziękowaniami i zostałam odwieziona na lotnisko w Minneapolis. 


Porter oraz Tex


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz