poniedziałek, 17 października 2016

San Francisco


Nadszedł więc czas na podróż. Noc przed wylotem miałam nieprzespaną. Stresowałam się i obawiałam. Nie wiedziałam jak poradzę sobie sama na lotnisku, czy się nie spóźnię, czy będę wiedziała gdzie iść. Stresowałam się tym bardziej, że miałam podróżować z... obcą osobą. Mhm. Dokładnie. Większość z Was pewnie pomyśli, że jestem wariatką, bo zdecydowałam się podróżować z Amerykaninem, którego nigdy wcześniej na oczy nie widziałam. Poznałam go na couchsurfing i miał on być moim hostem. Mieszkanie miał w San Jose, mieszkał sam ze swoim kotem. 

Z Minneapolis do San Francisco leciałam jakieś 4 godziny i pamiętam, że prawie się popłakałam, widząc przez szybkę samolotu, w oddali, Golden Gate Bridge. Nie mogłam uwierzyć, że jestem w sławnym San Francisco, moim ukochanym San Fierro z GTA San Andreas.




Dlaczego Kalifornia? Tak, przede wszystkim ze względu na GTA. Po drugie, uważam, że Kalifornia jest wizytówką Stanów Zjednoczonych i grzechem byłoby być w USA a nie być w Kalifornii.
A dlaczego nie podróżowałam z Polakami? Cóż, myślę, że gdybym na campie pracowała z Polakami, może i bym z nimi podróżowała. Problem (dla mnie nie problem) w tym, że na moim campie nie było żadnej osoby zza granicy, poza mną i jednym Anglikiem. Nie narzekam. Nie żebym nie lubiła Polaków... Ale zależało mi ogromnie na podszlifowaniu języka. Dlatego też wybrałam Amerykanina jako kampana do podróży. Chciałam móc rozmawiać tylko po angielsku, zobaczyć jak taki Amerykanin się zachowuje, jakie ma zwyczaje, odruchy. Cały czas miałam w głowie słowa mojego interviewera Camp America: "Jeśli masz już komuś zaufać, to tylko Amerykaninowi". Nie mówię, że każdy Amerykanin jest godny zaufania, ale mój host, cóż, takim się właśnie okazał i chwała mu za to. Za to, że mnie nie porwał, nie zgwałcił ani nie zabił. Po prostu, za to że okazał się okej i że zdecydował się ze mną podróżować.




Spotkaliśmy się więc na lotnisku. Podjechał po mnie samochodem, zatrzymał się, przy okazji korkując drogę i powodując zdenerwowanie i chwilowe zamieszanie. Trochę wtopa, ale cóż. Musiałam przywyknąć, w końcu, Ameryka to kraj gdzie wszystko jest możliwe. Pojechaliśmy do jego mieszkania w Campbell, tuż przy San Jose, oddalone jakieś 50 minut od San Francisco. W progu powitał nas kot. Nie był to jednak zwykły kot a rasowa Savannah. Bardzo ciekawska, nadpobudliwa i hałaśliwa, ale i przesłodka.




Odłożyliśmy torby i pojechaliśmy do Santa Cruz. Od razu w oczy rzuciły mi się palmy, czyli to co uwielbiam. Kocham palmy i wszelkie miejsca ozdobione palmami. Do Santa Cruz nie wzięłam jednak mojej lustrzanki i w sumie nie żałuję, bo, poza wesołym miasteczkiem, nic ciekawego w Santa Cruz nie było.

Kolejnego dnia pojechaliśmy na Pier 39, czyli sławne molo w San Francisco, które jest po prostu centrum handlowym. Dwa sklepy szczególnie przykuły moją uwagę: sklep z akcesoriami dla psów, gdzie było mnóstwo obróżek, smyczy, ubranek, tabliczek i innych rzeczy, przeznaczonych dla czworonogów. Ogólnie, Amerykanie uwielbiają psy. Kochają o nich rozmawiać i zachwycają się, widząc psa na ulicy. Drugim sklepem, który mnie zaskoczył, był świąteczny sklepik. Mnóstwo ozdób na choinkę (były też oczywiście bombki z psami...), światełek, bombek, i innych pierdół tego typu. Tak, taki sklep w środku lata zdecydowanie mnie zdziwił.












Na molo spędziliśmy prawie cały dzień i na prawdę, było co robić. Poza rozrywką, jaką oferowali na środku mola magicy, rysownicy i inni ludzie tego typu, próbujący zwrócić na siebie uwagę swoimi wybrykami i popisami talentów, a przy okazji zarobić nieco grosza, atrakcją były też oczywiście same sklepy. Chodziłam od jednego do drugiego i oglądałam wszystko po kolei. Wszystko było takie inne. Kupiłam sobie czekoladę, na próbę, marki Chiradelli. Jest to czekolada produkowana właśnie w San Francisco, a fabryka mieści się niedaleko Fisherman's Wharf, które jest popularną atrakcją turystyczną w San Francisco. Można tam zjeść owoce morza, ryby i kraby, które są bardzo popularnym posiłkiem w Kalifornii. Nie polecam jednak tam jeść. Jedzenie wydaje się być dosyć kiepskiej jakości, często rozgotowane lub zbyt mocno wysmażone.

Po Kalifornii jeździ sporo klasyków samochodowych, czyli jak dla mnie, coś co uwielbiam i na czym lubię zawiesić oko. I na tym kończy się moja miłość do tego typu samochodów, ponieważ, mimo wielkich moich chęci, nie mogę sobie na takie pozwolić. Powodem nie jest brak funduszy a słaba dostępność części, tendencja do psucia się i wizja wywalenia mnóstwa pieniędzy na paliwo. Szkoda.




Z Pier 39 jest także dosyć ładny widok na Alcatraz. Wycieczka statkiem na tę wyspę kosztowała mnie około 30$. Czy było warto? Myślę, że tak, mimo, że z wyspy wróciłam przerażona nie na żarty. 





Na wyspie Znajduje się na niej nieczynne już więzienie o zaostrzonym rygorze, działające od 1934 do 1963 roku. Zamknięte zostało głównie z powodu wysokich kosztów utrzymania oraz błędów konstrukcyjnych, które ułatwiały ucieczki. Alcatraz samo w sobie jest dosyć przerażającym miejscem. Jest uważane za nawiedzone. Jak dla mnie, wnętrze wygląda przerażająco.










Z wyspy można jednak podziwiać piękny widok na miasto.




Kolejnego dnia wybraliśmy się na most Golden Gate. Byłam ogromnie podekscytowana! Most Golden Gate był czymś co szczególnie chciałam zobaczyć. Według wikipedii, Golden Gate Bridge jest to most wiszący łączący San Francisco z hrabstwem Marin, nad cieśniną Golden Gate. Został otwarty 27 maja 1937. Golden Gate Bridge jest bardzo ważnym węzłem komunikacyjnym. Będąc także jednym z głównych celów wycieczek turystycznych jest uczęszczany rocznie przez miliony użytkowników. Miesięcznie przejeżdża po nim około 3,4 mln samochodów i liczba ta ciągle wzrasta. Szacuje się, że od momentu otwarcia mostu przejechało po nim około 1,6 miliarda pojazdów, a ponieważ jest on od tego momentu płatny, zarobił już na swoją konserwację około miliarda dolarów. Zagrożenie trzęsieniem ziemi sprawia, że most musi zostać jak najszybciej wzmocniony. Prace przygotowujące go na przetrwanie kataklizmu o wielkości do 8,3 stopnia w skali Richtera oszacowano na 217,4 miliona dolarów. Jeśli jednak nie nastąpi inna nieprzewidziana katastrofa, okres eksploatacji przewidziano na 200 lat.














Przejście przez cały most zajęło nam około 40-50 minut. Most jest na prawdę ogromny i zrobił na mnie spore wrażenie. Myślę, że trafiliśmy na cudowną pogodę. Niebo było bezchmurne i most był widoczny w pełnej okazałości. Piszę o tym, dlatego, że w San Francisco taka pogoda to rzadkość. Mgła jest częstym zjawiskiem a klimat bywa zmienny. Ogólnie, jest dosyć wietrznie, ale ciepło. Taka pogoda jak najbardziej mi odpowiadała.

W San Francisco widziałam także, oczywiście, Lombard Street, która jest uważana za najbardziej poskręcaną ulicę świata. Można z niej jednak tylko zjechać, ale już nie wjechać. Jest to logiczne, jest ona zbyt wąska, by mogły się nań zmieścić dwa samochody.









Piękne mustangi na Lombard Street:










I jeszcze piękniejsze widoki:










No i ja:






Następnie, pojechaliśmy na Presidio oraz do Golden Gate Park. Presidio jest parkiem wybudowanym na terenie dawnej bazy wosjkowej na północnym krańcu półwyspu Penisula. Jest częścią the Golden Gate National Recreation Area.




W Golden Gate Park znajduje się uroczy, Japoński ogród herbaciany. Znajdują się w nim drzewa herbaciane, importowane z Japonii. Można też napić się herbaty w malutkiej restauracji oraz zakupić oryginalne, Japońskie herbaty w pobliskim sklepiku. Wstęp do ogrodu kosztuje 8$ od osoby. 
















Kolejnym zwiedzonym miejscem było Chinatown. Dosyć spora, Chińska dzielnica. Mnóstwo Chińskich sklepów oraz osób pochodzenia Azjatyckiego. Dla mnie, atrakcja średnio ciekawa, jako, że połowa przedmiotów, które mam w domu są Made in China...




w oddali widać tzw. "Transamerica Pyramid" - 260-metrowy wieżowiec zbudowany w 1972 roku w kształcie ostrosłupa. Jest to najwyższa konstrukcja w San Francisco (48 pięter). Zaprojektowana tak sylwetka sprawia, że do otaczających budynek ulic dociera więcej światła i świeżego powietrza. W "skrzydłach" wyrastających blisko wierzchołka znajdują się szyby wind.




I oczywiście, the Alamo Square i Painted Ladies.






Alamo Square jest parkiem i zarazem dzielnicą mieszkalną. Painted Ladies to znowu piękne domki, w stylu Wiktoriańskim i Edwardiańskim, pomalowane na trzy lub więcej kolorów. 

Oczywiście, jeśli już mówimy o San Francisco, nie można pominąć sławnych Cable Cars. Amerykanie żartobliwie nazywają je "toy trains". Są to po prostu tramwaje liniowe. czyli tramwaje, które nie są zasilane prądem z sieci trakcyjnej, lecz do napędu stosuje się linę ukrytą pod górną płaszczyzną jezdni.





San Francisco to miasto, które bardzo mi się podobało. Jest to miasto dosyć drogie, zwłaszcza jeśli chodzi o ceny mieszkań, jednak ja zapamiętałam San Francisco jako miasto spokojne, nieco wietrzne, niezatłoczone. Minusem może być to, że San Francisco bywa zamglone i zakorkowane. Najbardziej urzekły mnie te piękne budynki w Wiktoriańskim stylu. Uwielbiam to miasto i myślę, że będę chętnie do niego wracać... O ile czas, fundusze i zdrowie pozwolą.





4 komentarze:

  1. Co do San Francisco - tylko centrum miasta jest piękne. My mieszkaliśmy w dzielnicy Mission - smród, bród, bezdomni śpiący w namiotach na chodnikach i zioło wszędzie. Być może ten obraz, który zapamiętałam zanim trafiłam do centrum, sprawił, że wiecej do SF nie chciałabym wrócić :) Zdecydowanie najbardziej urzekło mnie Chicago!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie za to najmniej podobało się Las Vegas... Wkrótce opiszę dlaczego. ;)

      Usuń
  2. Hej, planuję lecieć na camp w przyszłym roku i czytam sobie, sporo zaczęłam czytać o podróżach i w ogóle. I zaintrygowało mnie to podróżowanie z Amerykaninem, tzn. Ty mu zaproponowałaś "hej, a może chciałbyś ze mną popodróżować?" czy sam wyszedł z taką inicjatywą? ;) To był chłopak, u którego początkowo miałaś tylko nocować jedną czy kilka nocy? Myślę, że to super sprawa, dlatego tak dopytuję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dextera poznałam na stronie couchsurfing. ;) Był moim hostem, a więc osobą, która mnie przyjęła do siebie. Sam zaproponował, że będzie ze mną podróżował, zgodziłam się i miałam mega farta, że okazał się w porządku. Radzę Ci jednak uważać i dobrze węszyć, bo nie każdy będzie okej. Nie tylko w Polsce jest pełno zboczeńców i złych ludzi, Ameryka też nie jest od nich wolna... Fakt, w USA prędzej zaufam obcej osobie niż w Polsce, ale wciąż, trzeba dmuchać na zimne i mieć oczy dookoła głowy.

      Usuń