środa, 1 czerwca 2016

Jak to wszystko sie zaczelo?

Dzisiejszy wpis bedzie poswiecony mojemu American Dream od samego poczatku. Z gory przepraszam za brak Polskich znakow, ale wpis ten pisany jest z Amerykanskiego komputera. :)

Pewnego dnia, dnia, jak kazdy inny... Siedzialam w swoim pokoju, sluchając piosenki 'America' w wykonaniu zespolu XYLO.

'They say we can stay in America,
You can be free in America[...]'
Słuchałam, słuchałam i wzdychałam.
'Jaka szkoda. Taka piekna piosenka. Ameryka. Nigdy tam nie bede...'
I nagle slysze dxwiek messengera na facebooku. To Anika, kolezanka z uczelni.
' Czesc Daria. Dowiedzialam sie o programie Camp America. Nie chcialabys moze spedzic wakacji w USA?'
Ciekawy zbieg okolicznosci. Slucham piosenki, jakby nie patrzec, o Ameryce. Slysze ja pierwszy raz w zyciu. I nagle pisze do mnie kolezanka z zapytaniem, czy chcialabym leciec do USA. Zupelnie jakby uslyszala moje mysli.
PRZYPADEK?!

O programie Camp America dowiedzialam sie od mojej kolezanki z uczelni, Aniki, ktora pewnego dnia napisala do mnie na facebooku z pytaniem, czy nie chcialabym zwiedzic Stanow. Od razu pomyslalam, e to bylaby swietna sprawa, tym bardziej, ze od dziecka marzylam o tym, by zobaczyc USA. Glownie Kalifornie, Las Vegas i Nowy Jork, ktore do tej pory znalam tylko z filmow i mojej ulubionej serii gier komputerowych, GTA. Postanowilam wiec leciec, choc mialam chwile watpliwosci. Ale pomyslalam, e jesli nie teraz, to kiedy? Moze nie bede miala juz okazji.

Stalo sie. Aplikowalam na program Campower. Spotkalam sie z moim interviewerem i wszystko w sumie poszlo calkiem sprawnie. Na targach niestety nie dostalam placementu, ale nie zalamalam sie. Mialam dobre przeczucia. I slusznie, bo po paru tygodniach dostalam maila od Pani Allison Jones z kampu One Heartland na Minnesocie. Ucieszylam sie ogromnie i od razu zgodzilam sie na rozmowe kwalifikacyjna na skype, za raz po tym jak dostalam mnostwo materialow na temat kampa, ludzi, dla jakich jest przeznaczony itd. Rowniez na skype zadawalam sporo pytan i wszystkie moje watpliwosci byly wyjasniane. Dostalam placement, ktory wkrotce pojawil sie na mojej stronie mycampamerica. Wkrotce takze Anika dostala placement i obie uzgodnilysmy z dyrektorami, by pracowac w tym samym przedziale czasowym, choc niestety w roznych miejscach, bo ja mialam trafic do Minneapolis, Anika zas do New Jearsey.

Na mojej uczelni nie robiono nam problemw, nawet kady cieszyl sie i uwazal, ze byla to znakomita decyzja. Bylam podekscytowana ale i przerazona. Wiedzialam, ze bede pierwszy raz tak dlugo i tak daleko poza domem. USA to nie Czechy i w razie potrzeby nie mozna tutaj zadzwonic z placzem do rodzicow. Brnelam jednak we wszystko dalej, wiedzac, ze Ameryka moze mnie odmienic, nauczyc zycia i przetrwania oraz samodzielnosci. Wiedzialam, ze moze byc bardzo ciezko, i ze nie jestem absolutnie przyzwyczajona do "ciezkosci zycia", zwlaszcza, ze moje zycie bylo na prawde lekkie. Mialam niesamowicie przyjemne studia, wsparcie rodzicow, pieniadze na wszystko i wiele innych korzysci. A jednak zdecydowalam sie wyruszyc na drugi kontynent, wiedzac, ze moje zycie ulegnie sporej zmianie, stanie sie ciezsze i byc moze nie raz bede zalowala swojej decyzji a moje American Dream stanie sie American Horrorem. Rodzice oplacili koszty programu, babcia zas oplacila moja wize. W ambasadzie nie czekalam dlugo, szybko skontrolowano moje odciski palcow, zadano dwa pytania i poinformowano, ze otrzymam paszport w punkcie odbioru w ciagu paru dni. Wszystko bylo idealnie. Na facebooku zostala utworzona grupa dla pracownikow naszego kampu i juz wtedy poznalam kilka osob, z ktorymi mialam spotkac sie na zywo juz niebawem. Dowiedzialam sie tez, ze bede jedyna osoba z zagranicy na kampie, poza mna beda jedynie Amerykanie i jeden Anglik. No coz. Na orientation meeting zawiozl mnie tata. Dowiedzialam sie tam na prawde sporo cennych informacji,

Nadszedl przeddzien mojego wylotu, przed ktorym mialam ostatni egzamin na uczelni oraz musialam sie spakowac. Chcialam spakowac sie w swoja torbe, ktora byla jednoczesnie na kolkach jak i miala opcje "zamiany" w plecak. Okaala sie jednak za mala i na gwalt ruszylam z tata do makro po nowa torbe, na kolkach. Kupilam czerwona, bym latwo mogla ja rozpoznac. jako bagaz podreczny, kupilam sobie poleconego przez mojego chlopaka wombata, torbe militarna, pojemna i latwa do noszenia. Rano zrobilam odprawe online, oraz wyszlam z mama na zakupy. Wylot mialam 31 maja o godzinie 6:00 z Warszawy, przez Amsterdam do Mineapolis. Jechalam oczywiscie z rodzicami oraz siostra. Zatrzymalismy sie na pol dnia u rodzicow mojego chlopaka, Mariusza, ktorzy mieszkaja pod Warszawa. Syto nas wszystkich nakarmiono, nieco odpoczelismy, po czym, po goracych pozegnaniach z rodzicami i siostra lubego, wyruszylismy na lotnisko. Bylam strasznie spiaca i przymulona. Na lotnisku mielismy byc o godzinie 3:00, choc lotnisko czynne est dopiero od 4:00. Posiedzielismy przy restauracji, ktora byla strasznie droga. co zreszta nie zdziwilo mnie, takie byly uroki lotniskowych sklepow. Caly czas trzymalam glowe na ramieniu Mariusza, majac nadzieje na chwile snu, jednak zasnac nie moglam. Po jakims czasie dolaczyla do mnie Anika oraz Gosia, ktora poznalam dzieki grupie na facebooku dla Polakow wyruszajacych na program Camp America. Anika leciala przez Paryz, ja z Gosia przez Amsterdam. Przed podejsciem do check-in, udalam sie do toalety w celu zrobienia sobie zastrzyku z heparyna. Musialam, poniewaz jestem w grupie ryzyka, jesli chodzi o zakrzepice. Zastrzyk nie byl bolesny, jednak uczucie szczypania pod skora po nim trwalo blisko 15 minut. Oddalysmy nasze torby i nadszedl czas na przejscie przez bramki, gdzie dalej nasze rodziny nie mogly z nami isc. Pozegnalam sie wiec goraco z rodzicami oraz Mariuszem i od tej pory musialam stac sie samodzialna osoba. Szybko skontrolowano nasze bagaze podreczne i trafilysmy na poczekalnie. Widzialysmy za szybami nasze samoloty, w ktorych wkrotce sie znalazlysmy z Gosia, za raz po tym jak pozegnalysmy Anike, wsiadajaca do Air France. My lecialysmy samolotem linii KLM. W drodze do Amsterdamu rozmawialam z mila Pania siedzaca obok, ktora byla Polka i leciala do Los Angeles. W czasie lotu podano nam przekaske, ktora okazaly sie dwie, spore kanapki z serem, calkiem smaczne. Wypilam takze kawe, z nadzieja, ze mnie rozbudzi. W Amsterdamie, co prawda myslalysmy z Gosia ze sie zgubimy, lotnisko okazalo sie jednak spore, ale nie zatloczone. Latwo bylo wszedzie dotrzec dzieki znakom oraz bardzo milym ludziom, ktorzy mowili nam gdzie nalezy isc. Z Gosia pozegnalysmy sie przy swoich bramkach, kazda z nas musiala isc inna bramka. Za moja bramka spotkalam sie z osobami, ktore przeswietlily moj bilet, po czym konkretna z tych osob zadala mi pare pytan, m.in w jakim celu lece do USA, czy torba nalezy do mnie, kto pomagal mi sie spakowac itd. Osoba ta byla bardzo mila i za raz po kontroli pokierowala mnie dalej, na poczekalnie. Samolot tym razem byl juz wiekszy a poczekalnia bardziej zaludniona. Wkrotce bramka otworzyla sie i zaczelismy przenosic sie do samolotu. W samolocie znalazlam swoje miejsce w sroskowym rzedzie, tuz obok czarnoskorej zakonnicy i milego Pana z Malty, z ktorym rozmawialismy na kazdy temat w przerwach miedzy czytaniem ksiazek a spaniem przez cale 9 godzin, bo tyle lecial samolot z Amsterdamu do Minneapolis. Czas zlecial mi bardzo szybko. Naprzeciwko kazdej osoby znajdowal sie maly ekran dotykowy z roznymi opcjami. Mozna bylo sluchac muzyki, obejrzec film lub w cos zagrac. Podano kazdemu takze poduszke oraz koc. Co jakis czas podawano nam przekaski, wieksze dania oraz napoje. Stewardessy oraz stewardzi byli bardzo mili. Czarnoskora zakonnica takze okazala sie byc mila osoba. Leciala z Gandy. Od czasu do czasu wstawalam, by rozprostowac konczyny i oczywiscie skorzystac z toalety. Zawsze boje sie dzwieku splukiwania, a wlasciwie zasysania wody w samolocie. Dzwiek jest niesamowicie glosny i nieprzyjemny.

Zblizal sie czas ladowania. Pod koniec podrozy podano nam lody oraz cieple kanapki jako prowiant. Ladowanie bylo lagodne, i jako ciekawostke napisze, ze ani w jednym ani w drugim samolocie, nikt nie klaskal. :D Wysiadlam z samolotu i po prostu podazylam za tlumem, prosto do kontroli paszportow i wiz. Wolano nas do bramek, przy ktorych siedzieli bardzo mili, zartujacy kontrolerzy. Znow, podobnie jak w ambasadzie USA, musialam miec pobrane odciski palcow oraz skontrolowane dokumenty. Po tym, kontroler milo powital mnie, kiedy dowiedzial sie, ze to moj pierwszy raz w USA. Po pomieszczeniu z odbiorem bagazu krecila sie policjantka z pieskiem rasy beagle. nagradzala go smakolykami, a zadaniem pieska bylo weszenie i kontrola bagazy. U jednej pani pies zatrzymal sie na dluzsza chwile, wyraznie zaciekawiony jej bagazem. Musiala wiec go otworzyc, jednak okazalo sie, ze miala tam kabanosy i to one zaciekawily psa. Uff. :) Znalazlam swoj bagaz z latwoscia, jednak z racji tego, ze ludzie nie szanuja bagazy i rzucaja nimi na tasme, z tasmy, znalazlam go calego brudnego, z rozkruszonym jednym zamkiem od przedniej kieszeni. Wystawaly z niej maszynki do golenia a dezodorantu, ktory tam wsadzilam, nie bylo. No coz. i tak dziekowalam Bogu, ze bagaz nie zagubil sie i ze trafil do mnie. Byl caly brudny, co utwierdzilo mnie tylko w tym, ze byl zle traktowany. Biedny. Po odbiorze bagazu, jeszcze raz musialam przekazac go na przeswietlenie i w koncu moglam wyjsc z lotniska. Tam czekaly na mnie dwie inne osoby z kampu, a po chwili podjechaa po nas kobieta, ktora zabrala nas na miejsce. Kamp polozony jest w srosku lasu, jednak jest bardzo ladny. Na miejscu czekalo juz kilka innych osob, wraz z dyrektorka, ktorzy witali nas goraco i spiewali dla nas piosenke. Wszyscy okazali sie bardzo mili, sympatyczni, dbajacy o mnie i ciagle pytajacy czy czegos nie potrzebuje. Mieszkam w malym domku, pogoda poki co nie dopisuje. Jest zimno i pada deszcz. Mokna mi buty na trawie. :D Lazienki to jedyne do czego moge sie doczepic. Znajduja sie za raz obok mojego domku, jednak jesli w nocy bede musiala wyjsc za potrzeba, trzeba bedzie wyjsc na ziab, zmarznac i zrocic cala w dreszczach. Podobnie z prysznicem. Trzeba wyjsc i wracac potem owinieta recznikiem do domku, ryzykujac przeziebieniem. Lazienki ogolnie nie sa zbyt przyjemne. Oblozone betonem, bez kafelek, chadzaja po nich pajaki. Coz. Nikt przeciez nie mowil, ze lece do 5* hotelu, tylko na kamp, prawda? Jakos musze sobie radzic. Nikt nie obiecywal mi swietnych warunkow. Lecac samolotem, dopadla mnie tesknota za domem, za chloapkiem i rodzicami, momentami chcialo mi sie plakac. Wszystko jednak sie rozwialo na kampie, gdzie pod opieke wziely mnie inne osoby i zadbaly o to bym mile spedzala czas. Dzisiaj jestem tutaj juz drugi dzien. Ten dzien jest wolny, tuz przed tygodniowym treningiem. Po treningu do kampu przybywaja dzieci i zaczynamy prace. Pracuje jako Support Staff w kuchni oraz sprzatam. Wlasnie mialam obiad. :) Wczoraj ogladalismy film, dzisiaj gralismy w koszykowke. Ah, dopiero 13:00. W Polsce jest juz 20:00.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz