czwartek, 27 października 2016

Los Angeles

Nocą, po wyjechaniu z Sekwojowego Parku Narodowego, udaliśmy się do Los Angeles. Zajęło nam to jakieś 3 godziny. I w Los Angeles skończył się już dobrobyt nasz w postaci bezpłatnego noclegu. Wynajęliśmy na dwie noce pokój za 120$ z jednym, sporym łóżkiem i kanapą.

... Oczywiście, że to nie ja spałam na kanapie. :')




Pokój strasznie mi się spodobał, jak i okolica, która była, jak na Los Angeles, dosyć bezpieczna i spokojna. W niektórych dzielnicach Los Angeles ciężko o bezpieczeństwo. Jest to miasto, gdzie mafie i gangi nie są niczym niezwykłym. 




Po Los Angeles podróżowaliśmy samochodem Dextera (tak miał na imię mój towarzysz podróży). Było to dla nas wybawieniem, ponieważ w LA jest dosyć ciężko, jeśli chodzi o publiczny transport. Nawet śmiało mogę napisać, że bez samochodu ciężko tam gdziekolwiek się dostać.

Pierwszego dnia udaliśmy się do Echo Park. I znów urzekły mnie te niesamowite palmy. Były niezwykle wysokie i... krzywe.







Dlaczego akurat Echo Park? Ano, kto grał w GTA V ten wie, że Glen Park/Mirror Park, są wzorowane właśnie na Echo oraz MacArthur Park. Cóż, nieco dziwny pomysł, jeździć po jakichś miejscach znanych z gierki komputerowej, prawda? Jednak nie żałuję. Echo Park jest warty zobaczenia. 












Echo Park jest miejscem bardzo spokojnym, mimo, że zwykle przebywa tam sporo ludzi. Dostępne jest Wi-Fi, wypożyczalnia kajaków oraz kilka kawiarni. Dodatkowo jest to idealne miejsce do pikniku lub po prostu rozłożenia koca na trawie i odpoczynku. Miłośnicy oraz właściciele psów także są w nim mile widziani, wraz ze swoimi czworonogami. W jeziorze, prócz licznego ptactwa wodnego, można ujrzeć także żółwie!

Zaraz po Echo Parku, nadszedł czas na Beverly Hills. Miejsce to wydawało mi się niezwykłe i takie właśnie je zastałam. Luksus i przepych są widoczne wszędzie. Cały czas mijały mnie niesamowite, drogie samochody i niezwykli, dobrze ubrani, eleganccy ludzie. Jeśli o sklepy chodzi, jak można się spodziewać, jest bardzo drogo. 





Oczywiście, udaliśmy się także na Rodeo Drive, czyli najdroższą ulicę świata. Znajdują się tam jedynie luksusowe hotele oraz sklepy i butiki. Jak można się domyślić, ja i mój portfel nie chcieliśmy do nich zaglądać. Ulica ta jednak jest często odwiedzana przez celebrytów, którzy przybywają tutaj w poszukiwaniu biżuterii, luksusowej odzieży i kto wie czego jeszcze. 




Ulica ta, swoim stylem nieco odbiega od typowej, Amerykańskiej zabudowy. Jest raczej wzorowana na stylu Europejskim, a konkretnie, Włoskim. 

To właśnie na tej ulicy znajduje się jedyny sklep, gdzie zakupy robi się tylko z wcześniejszą rezerwacją. Ubierają się tam największe gwiazdy Hollywood a nawet sam Prezydent. Jest to Bijan, butik Irańskiego producenta. Przeciętnie wydaje się tam około 100,000$. Wow.







Kolejnym miejscem zobaczonym przeze mnie było oczywiście Hollywood Walk of Fame. Spodziewałam się jednak widocznie zbyt dużych fajerwerków, bo ulica ta okazała się zwyczajną, jak każda inna. Jedynym, co odróżniało ją od przeciętnych ulic, były oczywiście chodniki, ozdobione gwiazdami. Hollywood Walk of Fame jest bardzo zatłoczone, co też jest sporym minusem. 








Po ulicy paradują ludzie przebrani za różne postacie ze znanych filmów, niestety - jest też sporo ludzi bezdomnych i żebraków. Są też restauracje, hotele, wszystko to, co można znaleźć na innych, przeciętnych ulicach Los Angeles. 









Nie wyjechałabym oczywiście z Los Angeles, nie widząc sławnego i najbardziej znanego obiektu, kojarzonego w tym miastem, czyli znaku Hollywood na wzgórzach.





Powyższe zdjęcia nie były jednak robione z najbliższego punktu, na który można się zbliżyć. Przyznam się bez bicia - miałam na to za mało czasu i zbyt dużego lenia w sobie. Jeśli jednak ktoś zamierza podejść bliżej, najlepiej udać się na 3000 Canyon Lake Drive, a nawet na Durand Drive. Tam jednak znajdują się już znaki ostrzegawcze, informujące o tym, że śmiałkowie, którzy odważyli się podejść pod sam znak, będą aresztowani oraz zmuszeni do zapłaty mandatu w wysokości ponad 100$.




Udało mi się też zobaczyć najbardziej prestiżowy Uniwersytet Kalifornijski. Podobno każdy Amerykanin marzy, by tam studiować.




Oczywiście, odwiedziłam też kolejne, znane wszystkim fanom GTA miejsce - Santa Monica Beach oraz Venice Beach.













Molo w Santa Monica jest dosyć zatłoczone, pełne sklepików, restauracji i ulicznych grajków czy innych 'artystów' dający popis swoich talentów i umiejętności. Plaża natomiast jest ogromna! Jednak na uliczce, biegnącej wzdłuż plaży zobaczyć można sporo ludzi, którzy dbają o formę i dobry wygląd. Jeżdżą na rowerach, deskorolkach, lub biegają. Nie dziwiło mnie to wcale. W tak urokliwym miejscu, zwłaszcza o zmierzchu, ćwiczenia to sama przyjemność. 






Spacerując wzdłuż plaży, mogłam wyczuć specyficzny zapach marihuany. Tak, marihuana jest tutaj legalna. Ponad to, na Venice Beach roi się od sklepów z pamiątkami, salonów oferujących tatuaże oraz piercing a nawet sklepów z militariami. W każdym ze sklepów grała głośna muzyka. Niestety, po zmroku zaczynałam się nieco obawiać. Zapach zielska, w połączeniu z widokiem dziwnych ludzi, bezdomnych, meneli, śpiących na plaży, sprawiły, że szybko się stamtąd zmyłam.

Rankiem, przed udaniem się do Las Vegas, odwiedziłam ostatnie miejsce w okolicy Los Angeles - Malibu. 




Jest to miejsce bardzo drogie i dosyć nudne. Można napić się oryginalnego alkoholu zwanego Malibu, jednak zapewniam, że jest to (zbyt) spory wydatek. Molo jest dosyć małe, o wiele mniejsze niż to w Santa Monica. Znajduje się tam tylko jedna restauracja, sklep z pamiątkami oraz sklep z organicznymi nasionami, warzywami i roślinami. Dookoła, u wybrzeży, znajdują się nowoczesne domki, bardzo, oczywiście, drogie.


Los Angeles zdecydowanie mniej podobało mi się niż San Francisco pod kilkoma względami. Po pierwsze, każdy wygląda jak na haju. Serio. Poza tym, miasto jest dosyć zaśmiecone, brudne. Bardzo dużo jest osób bezdomnych i żebraków. Po zmierzchu strach wychodzić na ulicę. Miasto słynie też z mafii oraz gangów. Ludzie są bardzo wylewni podczas powitań, więc nie bądźcie zdziwieni, kiedy nawet obca osoba zacznie mocno was ściskać na powitanie czy pożegnanie, po krótkiej rozmowie. Architektura często jest w stylu Hiszpańskim a spora część społeczeństwa to Meksykanie.
Za co z kolei lubię i cenię Los Angeles? Za chill. Miasto jest bardzo spokojne i każdy wydaje się zrelaksowany. Nie ma hałasu, pośpiechu. Ludzie są też bardzo różni. Pod względem kultury, zwyczajów, czy koloru skóry. Mimo tego, każdy każdego traktuje jak swojego. Mieszkańcy Los Angeles nie przepadają za sportem i nie mają bzika na punkcie piłki nożnej.